Jednostronna i tendencyjna relacja z XXXIX rajdu studenckiego Bieszczady '05

Połączone siły grup Karu i Kret 22.04.2005-3.05.2005

A było to tak...
Po zgrupowaniu i przeglądzie oddziału szturmowego, które to odbyło się w podrzędnym lokalu zwanym "Winiarnia u Dyszona", a należącym niestety do jednego z Kretów, wyjazd nocnym PKSem do Sanoka. W autobusie czekała już na nas frakcja warszawska Karu w postaci Dziennikarza.
Poranek w Sanoku zimny. Śnieg, deszcz i wiatr źle wróżyły na dalsza cześć rajdu. Zakupy, zdjęcia ze Szwejkiem i pociągiem do Zagórza w poszukiwaniu busow, bo w Sanoku jak na lekarstwo. Zagórz taki sam, jak co roku. Tu nic się nie zmienia. Ta sama bufetowa w barku koło dworca, taki sam żurek. PKSem do Kulasznego.

A w Kulasznym WIOSNA! Słoneczko świeci, kwiatki kwitną, ptaki drą ryja... szmira!

Pierwsze podejście jak zwykle dziwnie strome i długie...uff! Za to, jakie widoki z Rzepedki! Dalej chaszczowanie na Kamień i w dół na siage do szlaku. Na szlaku trafił nas szlag! Rozjeżdżone motocyklami ze się chodzić nie da. Mało im dróg leśnych?! Muszą jeździć po szlakach?! A szlak wbrew pogłoskom nie przeznakowany. Dalej tnie jary i chaszcze.

Nocleg mieliśmy w bacówce w Jaworniku. Rewelacja! Ognisko, kociołek generałowej zupy, gitara, trunki....

Dzień drugi zaczą się słonecznie wiec wylegiwaliśmy się dwie godziny na grzbiecie! Potem Komancza (odradzam wszystkim plecakowiczom bar Eden!!!), Nowy Łupków, gdzie niespodziewanie dla wszystkich, bardzo fajna imprezka gitarowo śpiewana się zmontowała, no i nocleg w schronisku w Starym Łupkowie. Po drodze zaczęło lać, wiec błotko i setki żab. Tysiące! Nie dało się iść żeby nie nadepnąć! Schronisko znaleźliśmy tylko dzięki światełku, które migotało w mroku. Gospodarze już spali (z Nowego wyszliśmy koło 21) ale się szybko rozbudzili...;) Generał zapodał "kluchy na czerwono" i przy pomocy gitary i kilku innych rekwizytów pobawiliśmy się jeszcze dość długo.

Rano dotarły posiłki do Karu w postaci Doktora i Ząbka. Pogoda była bardzo niewyjściowa wiec wymarsz tradycyjnie się opóźnił. W końcu koło południa ruszyliśmy!! (Wielkie dzięki dla szefa schroniska, serdeczna i bardzo "turystyczna" atmosfera, gorąco wszystkim polecamy!!!). Poszliśmy dalej dolina Zubenska w błocie i deszczu. Dalej Smolnik gdzie obiadek przy sklepie no i stało się! Pierwsze rozformowanie. Frakcja "len" grupy Karu zorganizowała podwodę do Woli Michowej! Na szczęście zdrowy trzon grupy Kret nie uległ panice (leje!!!!) i postanowił, że czas ruszyć dupy! Zaatakowaliśmy w silnym składzie: grupa Kret + Generał + Tomus (niezrzeszony, na okresie próbnym...). Podejście za cerkwią, trochę strome i błotniste, przerwaliśmy na krótki odpoczynek pod "folia malarska". Generał twierdzi uparcie ze rzeczona folia jest nieodzownym wyposażeniem prawdziwego turysty (patrz: Teoria Folii Malarskiej). Dalej podejście na Maguryczne zaczął urozmaicać śnieg i okopy. Pod samym szczytem znaleźliśmy świeżo wygrzebana skrzynkę naboi do Mosina. Na szczycie trochę więcej złomu i ślady po poszukiwaczach wojennych pamiątek. W tym momencie trzeba się było trochę skoncentrować. Ci, co chodzili z Magurycznego na Żebrak wiedza o co chodzi! Postrach kursantów i nie tylko! Na szczęście Kret ma na stanie przewodnika, ( którego imienia przez skromność nie wymienię), który to przeprowadził ta niezmiernie skomplikowana i niebezpieczna marszrutę lekko łatwo i przyjemnie. Z Żebraka na leniucha droga do Woli, z krótkim postojem na zupę i "dyskusje panelowa" (pierwsza z długiej serii jak się potem okazało). W schronisku niestety gospodarz Kiju był wyjechany, ale za to było piwko i banda dezerterów z Karu i okolic.
Poranek dla odmiany dżdżysty i zimny. Postanowiliśmy zasówać w stronę Roztok Górnych dolina Balniczki, z nadzieja ze się rozpogodzi po południu. Nie rozpogodziło się! Drogę urozmaicały dyskusje kulinarne. Pakul odgrażał się, że on nam wszystkim pokaże jak się gotuje! Zapowiedział wielkimi słowami " kurczaka w brokule"! Kurczak ów stał się jednym z haseł przewodnich wyjazdu. W deszczu doszliśmy do Solinki gdzie zrobiła się zupa ogólnobojowa z przewaga jarzynowej. Dwa kotły. Bardziej wędzone niż gotowane, bo ognisko niemiłosiernie kopciło. No i kolejna dezercja. Linia rozpadu chyba się ustaliła, bo frakcja wysokogórska we wczorajszym składzie. Mając cieniasów w głębokiej pogardzie, przyatakowaliśmy Hyrlata atakiem frontalnym! Na początku błoto tylko po kolana. Potem zaczęło się stromo. A gdy już miał być szczyt nasz kochany przewodnik powiedział ze "takiego!", to dopiero pipant! Na szczycie jeszcze całkiem dużo śniegu i wieczór. Przeskoczyliśmy szybko Rosoche i zaczęliśmy spadać na Roztoki.

Ten fragment zasługuje na oddzielną opowieść, ale postaram się streszczać.

Początkowo było milo, ale potem zaczęła się droga zrywkowa. Błotnista. Bardzo!!!! Próbowaliśmy iść obok drogi, ale tam świeża ścinka i masa gałęzi, które jeszcze bardziej spowalniały i męczyły. Łatwiej tez na nich o wypadek, szczególnie w deszczu i po ciemku! Pozostała nam droga. Blotko oprócz odpowiedniej głębokości miało tez prawidłową lepkość. Pakul stwierdził ze takie było pod Stalingradem..... Z przykrością muszę przyznać, ze żadne komentarze na temat turystyki kwalifikowanej a Bieszczadów w szczególności, które to padały na tej drodze nie nadają się do publikacji. Na sam koniec jeszcze malutki strumyczek... Ta cholera tak wezbrała, ze zrobiła się szerokości Sanu! Temperatura około 0 stopni a nurt cokolwiek rwący!!! W świetle czołówek, w lejącym deszczu, z każdym butem ważącym 7 kg, wzięliśmy się w pięciu pod ręce i powoli boczkiem-boczkiem do rzeki. Bajka! Po to leciałem na wczasy z zielonej słonecznej Irlandii!!! Cudem nas nie przewróciło i przeszliśmy na druga stronę mokrzy tym razem od dołu. Jeden plus. Błocko znikło z butów bez śladu.

Doczłapaliśmy ociekając do schroniska, w nadziei gorącego prysznica i łóżka, tylko po to by pocałować klamkę. Właściciel wyjechał i nikt nie wie, kiedy wróci, ale raczej nie dzisiaj... Tyle udało się wydobyć od żony leśniczego. Nie chciała nas tez przyjąć do stodoły, bo nie.

Co było robić? Przy pomocy dwóch sympatycznych robotników leśnych i ich samochodów przetransportowaliśmy się do Ciasnej. Tu nocleg u nieocenionej Eli. Jak dobrze jest się wysuszyć i ogrzać! Ciekawe gdzie podziała się reszta matolstwa? Nie spotkaliśmy ich w Roztokach....

Na następny wieczór mięliśmy zaplanowany mały "bój spotkaniowy" u Zielonego w Chabkowcach, wiec prosty plan. Kotylion przez Łopiennik. Podejście klasyczne, strome. Grupa wzbogaciła się o jednego uczestnika. Dotarł Barwol, członek św. pamięci grupy Kolec. Na podejściu barwol spocił się jak mysz, co nam pozostałym, zaaklimatyzowanym, wytrawnym turystom, bardzo poprawiło nastrój! Na szczycie wyszło słoneczko. W końcu! Szybkie zejście do Chabkowców. Tego wieczora kolejne powiększenie grupy. Posiłki z Wrocławia. W końcu jacyś studenci na Rajdzie! No i znalazła się frakcja Len! U Zielonego napotkaliśmy trasę kursu przewodnickiego. Jacyś tacy smutni.... Nocleg ciasny!

Dzień kolejny to przejście do Jaworca. Z Cisnej przez Ryczywól i Falowa. W końcu zrobiła się pogoda. Przyjemne, ostre podejście na Falowa. Po drodze Ząbek znalazł rogi. Zejście o zachodzie słońca romantyczne ze hej! W bacówce Łukasz wiedział, że się zbliżamy, wiec się przygotował... Początkowo rozpaliliśmy ognisko żeby jakieś żarcie ugotować i zamierzaliśmy spać pod wiata (za twardzi jesteśmy na spanie w schronisku!) ale jak zaczęło lać w poziomie to zmiękliśmy. Do pozna w noc, było granie i śpiewanie. Wiśniówka i ogórki kiszone. Prawdziwie bieszczadzko-rajdowa atmosfera. Jak zawsze na Jaworcu. Znowu wielkie dzięki dla gospodarzy!!!

Rano (około 13) ruszyliśmy żwawo pod gore. O dziwo Smerek ominął tylko Barwol z Angelą! (za co ich potem pokarało) A całe Karu i Kret + goście zdołali wdrapać się na 1222 m n.p.m.

Teraz o leniach. Poszli prosto na Orłowicza i w dół do Wet liny, ale z lenistwa albo wrodzonej głupoty poszli świeżo wyzna kowanym szlakiem jeździeckim. Wyszli gdzieś w cen tum wsi po przejściu kilku jarów, strumieni i bagienek. I dobrze im tak leniom! Howgh!

Nocowaliśmy tradycyjnie na Piotrowej Polanie. Jak co roku mamy pierwsza pozycje w książce meldunkowej na nowy sezon. Można sprawdzić. No i Piotr miał urodziny!!! Znowu!!! Sto lat Niedźwiedziu!!!
Poranek z okazji urodzin nie był lekki, tym bardziej ze kolejne posiłki dotarły. Jest nas już z 15. Dotarł Broda i Anette. Śniadanko pod sklepem w Starym Siole. Masa spotkań ze starymi znajomymi. Zaczął się długi weekend! Wszyscy w górach!!! Szybki przerzut do Berechów, gdzie tradycyjnie już Kret na Caryńską, a Karu dolina na około. Słoneczne podejście i tłumy niedzielnych turystów. Wzięliśmy ich na przeczekanie i zaczekaliśmy na zachód słońca na szczycie. Romantyzm ma być! Nocne zejście do schroniska na Przysłupie. Tłum, ale Marysia zarezerwowała nam wiatę. Było mroźnie i gwieździście. Zorganizowaliśmy śpiewanie na werandzie do pozna. Bardzo pozna./p>

Rano o dziwo ciepło i słonecznie. Cały dzień się leniliśmy na łączce w Bereżkach wiec nie ma, o czym pisać. Nocleg w szkole w Lutowiskach bardzo miły. Dołącza się dwóch kolegów na motocyklach!

I wreszcie! Ostatni dzień. Rajdu. Przejście przez Michniowiec i Żuków do Bandrowa. Pod sklepem w Michniowcu miejscowi odradzali marsz w kierunku granicy... że nie wolno... czy coś..., ale poszliśmy. Piec minut potem Straż Graniczna! Zdążyli na nas donieść w ciągu 5 min! Strażacy byli mili i nie mieli nic przeciwko wycieczkom górskim, tylko nas wylegitymowali. Zejście na zakończenie, tradycyjnie po ciemku. Tradycyjne ognisko i śpiewanie. Masa ludzi! Około 150 osób się zjawiło. Trudno było towarzystwo zagonić do śpiewania, bo są początkujący i nie znają tekstów. Podciągną się! Mam nadzieje.

Przy ognisku krotka cześć oficjalna. Blachowanie nowych Przewodników. W tym roku Ola i Jacek. No i oczywiście gwoźdź programu! Generał dostał PRZEWODNICKA BLACHE HONOROWA! Dawno mu się należało! Trzydzieści lat się już włóczy po górkach!! A co bardziej godne podziwu i uznania ciągnie za sobą innych. Na przykład takich Matołów z grupy Karu! Impreza zakończeniowa przeciągnęła się do wczesnych godzinach porannych....

Podsumowując byliśmy w górkach około 1,5 tygodnia. Rajd raczej deszczowy, ale nadzwyczaj przyjemny. Warto było wykorzystać polowe urlopu żeby przyjechać/przylecieć. Następne pół przyda się na Rajd jesienny w Beskid Niski, gdzie wszystkich serdecznie zapraszam!

B.O.



29 kwietnia - 3 maja

 

Kilka słów po rajdzie

I tak oto zakończył się kolejny bieszczadzki rajd naszego koła. Wzięło w nim udział łącznie grubo ponad 100 osób, ruszyło kilka tras otwartych i zamkniętych, a także odbyło się bieszczadzkie przejście kursowe. Wszyscy kursanci nie tylko przeżyli, ale też zaliczyli wymagane manewry. Zaskakujące jest jednak, że chodzą pogłoski, że boją się ciemności :D

Ale takich nieco nietypowych sytuacji było oczywiście więcej.
Pierwszą z nich była niewątpliwie podróż pociągiem, nocą z 30 kwietnia na 1 maja, pociągami relacji Lublin - Zagórz, z tradycyjną już trzygodzinną przerwą w Rozwadowie (całkowity czas podróży to jedyne 12 godz.). W Rozwadowie na ławeczkach właśnie przyszło nam spędzać historyczne wydarzenia. Przez krótką chwilę wydawało się, że na kolei coś się zmienia. Na stacji pani w okienku z nieskrywanym zdziwieniem przyjęła pytanie o przewidywane opóźnienie pociągu, który przecież rok w rok o tej porze spóźnia się o ok. 120 min. A jednak tym razem faktycznie przyjechał punktualnie, co więcej nie tylko dało się do niego wejść, ale bez większego kłopotu dało się znaleźć miejsca w przedziałach. Równie wielkie zdziwienie wywoływał widok braku praktycznie jakichkolwiek turystów na dworcu w Zagórzu, gdzie jak zawsze czekali zwarci i gotowi busiarze. Najwidoczniej planowana obrona stolicy przed szalejącymi antyglobalistami sprawiła, że turyści z Warszawy albo pojechali w góry dużo wcześniej, albo też nie jechali w góry wcale.
W samych Bieszczadach ludzi także jakby mniej, a jednak kolejny raz potwierdziło się stwierdzenie, że w Bieszczadach człowieka można spotkać już prawie wszędzie. Odsyłając z pytaniami, o szczegóły takiego bliższego spotkania, do Regenta, pozwolę sobie tylko na skromną radę: jeśli chcesz być sam na sam, w romantycznych okolicznościach przyrody, lepiej zostań w domu. W górach nigdy nie wiadomo, kiedy i z których krzaków wyjdzie zgraja turystów.
Większość grup otwartych zwaliła się do Nowego Łupkowa na zakończenie rajdu 2 maja, w późnych godzinach wieczornych, wlokąc za sobą słaniających się na nogach, ubranych w zielone wdzianka przewodników.
Przy ognisku śpiew i zabawa, no i bardzo ciepła noc sprzyjały przedłużaniu imprezy. Właścicieli komórek w sieci Era informujemy, że w Nowym Łupkowie nadal nie ma zasięgu. Być może stało to się przyczyną niechęci do pożyczania komórek pewnemu, niedysponowanemu przybyszowi z nikąd, który to nie omieszkał wyrazić swoją opinię o naszym kole. Zabawy człowiek jednak mocno nie zakłócił, a taki osobliwy folklor tworzy przecież wyjątkowy klimat tamtego miejsca.

Rajd zakończył się wieczorem, 3 maja, gdy autokar i bus, wjechały do Lublina, wysadzając wszystkich na miasteczku akademickim. Część rajdowiczów rozeszła się do domu, część zaś pośpieszyła na pożegnalne pogaduchy ;) (oczywiście bezalkoholowe) do pobliskiej knajpy.
Wypada chyba tylko powiedzieć:

Do zobaczenie za rok.

R.D.

PS. Zdjęcia z zakończenia na Golkowej stronie


Rajd Bieszczady 2003

Rajd odbył się w terminie 30.IV- 4.V 2003. Zakończenie w schronisku PTSM we wsi - Górzance. Tras otwartych w końcowym rozliczeniu można było się naliczyć trzech i wszystkie ruszały z Lublina 30.IV.2003. Z tego miejsca należy podziękować władzom PKP Lublin za nadzwyczaj trzeźwą i szybką reakcję, na apel o potrzebie doczepienia wagonu do pociągu Wetlina, relacji Warszawa Zachodnia - Zagórz. W ten oto sposób uczestnicy rajdu zamiast siedzieć skuleni ponad siedem godzin w okolicach toalety pociągu, mogli się rozsiąść wygodnie w przedziałach i każdy miał swoje miejsce.

Z Zagórza oczywiście busami wszyscy przemieścili się w miejsca docelowe by tam rozpocząć swoje wędrowanie.

Pogoda na zakończeniu niestety nie dopisała. W zasadzie trudno powiedzieć niestety, bo w związku z przedłużającymi się opadami deszczu zdecydowano, by zakończenie przenieść do środka budynku schroniska.
Jak się później okazało była to jedna z najlepszych decyzji na całym rajdzie. W świetlicy schroniska zgromadziło się wg. statystyk 102 osoby w wieku przed-, po- i produkcyjnym, oraz pies. Śpiewano, tańczono i wykonywano wszelkie czynności zapewniające dobrą zabawę. I w zasadzie nikt nie zauważył, że kiełbasa przewidziana na ognisko dystrybuowana była w wersji gotowanej. Zabawie nie było końca... Jeśli ktoś wie kiedy impreza się skończyła, proszę o kontakt... ostatnie źródła mówią o godzinie 3.00, ale wiadomość ta nie została potwierdzona.

Z ważnych wydarzeń kołowych należy wymienić blachowanie nowego członka koła. W szeregi koła, przez akt nadania blachy o szczególnym numerze 250 wstąpiła koleżanka Dorota (bez nazwisk, bo ustawa o danych osobowych, podamy jak pozwoli ;)). Ponownie składamy ogromne gratulacje i życzymy owocnej pracy na rzecz koła, ale też wszelkich przyjemniejszych okoliczności z nim związanych.

Powrót do Lublina przeżyliśmy bez większych komplikacji. 74 osobowy krążownik szos dojechał do miasta rodzinnego około godz. 17.00.

Na zakończenie powtórzyć należy podziękowania dla wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do udanego przebiegu rajdu. Szczególne podziękowania składamy pani kierownik schroniska PTSM w Górzance, za udzielenie schronienia ponad 100 osobom. Wielkie dzięki wszystkim i do zobaczenia za rok oby w podobnej atmosferze. (Zdobyte doświadczenia pozwalają jednak takie życzenia wypowiadać)


 

Zobacz też: Kilka słów o Ukrainie